Kategorie opowiadań


Strony


Forum erotyczne





Napisane z tesknoty

Po wyjeździe Ivo nasz kontakt się urwał. Nie odważyłem się do niego napisać. Zbyt się bałem, że nie odpisze. Albo że odpisze, ale będzie udawał, że nic się nie stało, że nadal jesteśmy tylko znajomymi z Internetu, a to by było chyba jeszcze gorsze. Wolałem wyobrażać sobie, że wymieniamy namiętne listy.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że odczuwanie tęsknoty podlega woli. Że sami pozwalamy na to, aby uzależnić swoje szczęście od obecności drugiej osoby. Nich więc będzie, że korzystając z wolnej woli postanowiłem być bez niego nieszczęśliwy. Nie musiałem przecież pisać do niego wiadomości, które kasowałem przed wysłaniem. Nie musiałem wpatrywać się w numer telefonu, zapisany jako „Bułgar” na samym początku naszej znajomości. Nie musiałem słuchać w kółko jego ulubionego zespołu, aż w końcu dźwiękowy chaos, który tworzyli, zaczął mi się układać w logiczną całość, a nawet autentycznie się podobać. Nie musiałem – tylko że właśnie na to trwoniłem cały swój wolny czas.

Aż pewnego razu zadzwonił telefon i na ekranie wyświetlił się właśnie ten Bułgar. Gapiłem się jak zaczarowany w ekran i w ten numer, który znałem na pamięć. Przebrzmiały chyba trzy sygnały, aż oprzytomniałem i zasunąłem sobie mentalnego kopniaka: odbierz wreszcie, kretynie!

- Słucham?

- Cześć Janek, co tam u ciebie, wszystko dobrze? – ukochany głos w słuchawce był przyjazny i beztroski.

- Dobrze… A u ciebie? – wydusiłem przez zaciśnięte gardło.

- Też nieźle. Słuchaj, gdzie teraz jesteś?

- W domu…

- Acha, to cześć.

Rozłączył się. Wybrałem jego numer, ale odrzucił połączenie. Co to miało oznaczać? Siedziałem w kuchni całkiem rozbity i zdezorientowany. Wiedziałem, że tego dnia nie zbiorę się już do roboty: zbyt mi ten dziwny telefon pojechał po emocjach. Zastanawiałem się gorączkowo, jak się uspokoić. Na książce się nie skupię, na bzdurne przeglądanie netu jednak szkoda życia… W takich chwilach najlepszymi przyjaciółmi nieszczęśliwych kochanków są hard rock i skakanka. Przebrałem się w spodenki od dresu i bokserkę, zapuściłem jakieś przedpotopowe ostre rżnięcie i ruszyłem do boju. Na początku co i rusz kusiłem, boleśnie uderzając linką w bose palce stóp, ale szybko zebrałem się w sobie. Do przodu, do tyłu, na krzyżyk, na jednej nodze… Nadal miałem mętlik we łbie, ale teraz pot lał mi z niego strugami, gasząc rozpalone uczucia. Dajesz, mózgu! Naprodukuj mi endorfin, to ci wybaczę tę bezsensowną miłość.

Dzwonek do drzwi. Anka kluczy zapomniała, czy co? Zresztą trochę wcześnie na nią. Wyłączyłem muzę, zarzuciłem sobie skakankę na ramię i poszedłem otworzyć. Tak, to był on. Nie, nie mogłem się tego spodziewać. Zbyt silnie i zbyt realistycznie marzyłem o tym przez cały ostatni rok, żeby pozwolić sobie teraz na takie domysły.

- Cześć Janek! – zawołał wesoło.

Nie odpowiedziałem. Wpatrywałem się z niedowierzaniem w jego piękną twarz. Bardzo dobrze wyglądał. Jakby przez ten rok odmłodniał. Wszedł, zamknął za sobą drzwi, zrzucił plecak.

- Halo, nie przywitasz mnie? – uniósł dłonie w geście zapytania. Porwałem go w ramiona i wyściskałem z całych sił.

- Dusisz! – jęknął, machając nogami w powietrzu – i moczysz. Ty cały mokry jesteś!

Puściłem go i znowu wpatrywałem się w niego jak zahipnotyzowany.

- O, a jak to się nazywa? – spytał.

- Skakanka – szepnąłem.

- Ale to zabawka dla dziewczynek, nie? Oj, pedałku, za jakieś męskie zajęcie byś się zabrał. – roześmiał się – Prawem gościa, zmęczonego po podróży, idę pierwszy pod prysznic, a ty mi zrób kawy. Lubię kawę u ciebie.

Zdjął buty i poszedł do łazienki.

Pedałku? Serio? A ty co niby jesteś? Poczułem się nagle bardzo, ale to bardzo samotny i rozczarowany. Nie ma nic gorszego niż marzenia spełnione nie tak, jak się oczekiwało. Wstawiłem tygiel z wodą na kawę po turecku i wrzuciłem garść ziaren do młynka. Z łazienki dochodził szum wody i wesoła piosenka, którą Ivo sobie podśpiewywał. Wrzuciłem zmielone ziarna na wrzątek i w ostatniej chwili zdjąłem z palnika, cudem unikając ucieczki spienionej kawy z tygla. Odczekałem chwilę i postawiłem tygiel z powrotem na gazie.

- Janeeek!

Podszedłem do drzwi łazienki.

- Co tam?

- A ręcznik dostanę?

- Moment.

Oczywiście w międzyczasie kawa zaczęła się gotować i spory haust wykipiał zalewając kuchenkę. Wyłączyłem grzanie, klnąc pod nosem, i poszedłem po ręcznik. Wsunąłem go przez uchylone drzwi do łazienki – mój zacny gość nie życzy sobie chyba, żeby wchodził do niego pedał?

- Ręcznik – warknąłem, coraz bardziej zły na to wszystko.

- Co ty się wygłupiasz? – rzucił karcącym tonem – Właź.

Może jestem jakiś przewrażliwiony? Może tak właśnie powinno wyglądać spotkanie stęsknionych kochanków? Opatuliłem jego smukłe ciało wielkim, puchatym ręcznikiem i spojrzałem mu w oczy, próbując coś wyczytać z ich wyrazu. Wyciągnąłem rękę, żeby dotknąć jego twarzy, ale zatrzymałem się w pół gestu.

- Kawa gotowa?

 

Jebany kofeinista!

 

- Prawie. Trzeba jeszcze raz doprowadzić do wrzenia.

- Super. To ja już sobie poradzę, a ty wskakuj pod prysznic. Pachniesz nawet przyjemnie, ale wiesz.

Przyjemnie, powiadasz? Ale zawsze jednak pedałek, tak? Umyłem się zgodnie z rozkazem, wziąłem sobie świeże gacie z linki i poszedłem do kuchni. Ivo sączył już kawę, przewiązawszy ręcznik na modłę rzymskiej togi.

- To opowiadaj, co tam się u ciebie działo przez ten rok – powiedziałem siadając. Udało mi się uzyskać w miarę neutralny ton.

- Działo się, działo – odpowiedział wesoło – Słuchaj, byłem na terapii reparatywnej dla gejów! W ogóle jaka nazwa, nie? Po naszemu też tak. Do reperacji to można samochód dać albo zegarek...

- I co, wyleczyli cię? – przerwałem mu, starając się brzmieć życzliwie mimo skręcającego mi flaki obrzydzenia.

- Właśnie! Na tym cały dowcip polega, że mnie wy-le-czy-li! Widzisz…

- Gratulacje! – znowu wszedłem mu w słowo z szerokim uśmiechem. Jego zachowanie stało się teraz dla mnie zrozumiałe, więc ten uśmiech nie przyszedł mi z łatwością – U mnie też wszystko dobrze. Przez cały ten rok Anka mieszka ze mną i muszę ci powiedzieć, że jesteśmy całkiem przykładnym stadłem – czyżby po jego twarzy przemknął ten tak dobrze mi znany, niepokojący cień? Nie, chyba mi się wydawało – Oddaję jej całą pensję a ona prowadzi dom, comme il faut. Zabawne, nie? Ale o dziwo tak nam obojgu najlepiej pasuje. Zresztą powinna już tu być… Patrz, jak na zawołanie!

Trzasnęły drzwi wejściowe i do kuchni wleciała Anka, sprawiając, że statyczny, renesansowy obraz, jaki tworzyliśmy pijąc kawę, zmienił się w iście barokową tempestę di mare torebek, siatek z zakupami, dzwoniących bransoletek i rozwianej czupryny.

- Cześć, a co ty tak na samych majtochach? Chcesz się przeziębić? I znowu kuchenkę zalałeś! Ciekawe kto to będzie sprzątał i czemu ja? O, Ivo! No wreszcie jesteś! Janek tak za tobą tęsknił! Myślałam, że mi tu chłop całkiem skapieje. Tylko „gdzie mój Ivo, gdzie mój Ivo”. Nie widziałam wcześniej, żeby ktoś tak do szczętu zdurniał z miłości. Czemu dałeś Ivulkowi ten brzydki, żółty ręcznik? Kupiłam przecież niedawno takie ładne, w kwiatki, to taki trzeba było dać.

- Anka… – spróbowałem przerwać potok słów, które wyrzucała z siebie rozpakowując jednocześnie sprawunki, witając mnie i Ivo buziakiem w policzek i chowając kupione produkty do lodówki. Byłem wściekły, że gada o moich uczuciach, zwłaszcza w kontekście rewelacji o terapii konwersyjnej. Natomiast Ivo z trudem powstrzymywał się od śmiechu. A śmiej się, draniu, z zakochanego pedałka, co mi tam.

- Teraz to „Anka, Anka”, a jak było kawy pilnować, to już nie… Jesteś wegetarianinem? – zwróciła się do Ivo – Masz jakieś alergie? Długo zostajesz? Mam nadzieję, że długo, bo ten tutaj bez wiadomo czego dostaje pierdolca…

- Anka!

- Co, że niby mam sobie iść? Bo chcecie tu sobie poćwierkać? A obiad kto ugotuje, duch święty? Masz swój pokój, won mi z kuchni!

Ivo nawet nie próbował kryć rozbawienia, gdy rejterowaliśmy do mojego pokoju. Już za drzwiami złapał mnie za ręce i z promiennym uśmiechem zapytał, czy to, co Anka mówiła, to prawda. Nie widziałem go jeszcze nigdy tak jednoznacznie radosnego – bez ironicznych błysków w oczach, bez śladu grymasu na ustach. Tak się cieszy moim cierpieniem?

- Prawda – odpowiedziałem głucho.

- To czemu nie pisałeś?

- Ty też nie pisałeś.

Przewrócił oczami.

- Ja to tam wiesz… Najpierw… No… A potem nie mogłem! Nie po to poszedłem na terapię, żeby pisać do ukochanego.

- A po co?

Ukochanego… Powiedział „ukochanego”…

- Jak to po co, żeby się wyleczyć z gejostwa i też mieć taką fajną żonę jak ty, tylko że na serio, a nie na niby. Jak widać…

- Czyli co, mam być twoim drużbą?

- Drużbą?

- No, świadkiem na ślubie.

Ivo roześmiał się.

- Nie, o coś innego przyjechałem poprosić. Czekaj…

Poszedł do przedpokoju po plecak, zupełnie nie przejmując się, że zaimprowizowana toga rozwiązała się i odsłoniła całkiem niecenzuralne obszary jego ciała. Ciała, którego tak pragnąłem! Usiadłem z rezygnacją na łóżku. Pogodny Ivo podobał mi się jeszcze bardziej – o ile to w ogóle możliwe – od tej poprzedniej, mrocznej wersji, ale jego szczęście oznaczało dla mnie odrzucenie i złamane serce. Teraz już nawet nie będę mógł żyć złudzeniami.

- Cała ta terapia to pic na wodę fotomontaż (uwielbiam ten idiom!) – opowiadał, rozpakowując plecak i ubierając się w czyste ciuchy – Najbardziej wzruszyły mnie postulaty, że powinienem nauczyć się nawiązywania przyjaznych, nie seksualnych relacji z mężczyznami. A bo to ja mało mam przyjaciół? Ale-ale! Nagle miałem coś w rodzaju grupy wsparcia: osoby, którym mogłem opowiedzieć o mojej nieładnej przeszłości i usłyszeć w odpowiedzi równie nieładne historie. I to było coś, to mi dużo dało. To mnie wyleczyło. Janku, przedstawiam ci nowego Ivo, z grubsza bez nerwic, bez depresji, kochającego siebie takim, jakim jest, wierzącego, że i Bóg umie mnie takim kochać, bo przecież nie jest ode mnie gorszy, nie? No i kochającego ciebie. Tu moja prośba… Zobacz, wyłudziłem na tę okazję od babci jej pierścionek zaręczynowy. Oczywiście byłby na ciebie za mały, więc jest na łańcuszku, w charakterze wisiorka. Nie wiem… Ładny?

Stanął za mną i zapiął mi na szyi złoty łańcuszek z filigranowym, złotym pierścionkiem z czerwonym oczkiem. Uniosłem go na dłoni i oszołomiony przyglądałem mu się z bliska.

- Tak, rubin – błędnie zinterpretował moje milczenie – Wiem, niby powinien być brylant, ale mnie się bardziej rubiny podobają. No i z tradycją rodzinną, a to też coś.

Nie wierzyłem własnym uszom – i oczom. Ivo potrząsnął mną, wpatrując się we mnie spod zmarszczonych brwi.

- Janek, obudź się! Powiedz coś, do cholery! Chcesz ten ślub w Szwecji, czy się jednak rozmyśliłeś?

Nie mogłem wykrztusić ani słowa – a chciałem, niech mi św. Sebastian świadkiem! Zamiast tego objąłem go, wtulając policzek w jego wilgotne jeszcze włosy. Wpił kurczowo palce w moje nagie plecy.

- Teraz ty mnie dusisz – szepnąłem. Uniósł twarz, po której spływała łza. Scałowałem ją, ale pojawiały się coraz to nowe, więc dałem sobie z tym spokój i pocałowałem go w usta. Całując się, opadliśmy na łóżko. Po kiego diabła się ubierał?

 




Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!





Informacje o Autorze

Paweł Czapla

Komentarze


Brak komentarzy! Bądź pierwszy:

Twój komentarz






Najczęsciej czytane we wszystkich kategoriach


Opowiadania na e-mail

Wpisz swój adres e-mail:

Wprowadź swój adres email i potwierdź aby otrzymywać informacje o nowo opublikowanych opowiadaniach


sexforum.pl